Codziennik

Kazimierz Dolny

Ahh, Kazimierz Dolny, perełka Lubelszczyzny. Stare, pełne wspaniałej, dawnej architektury miasto, które położone jest na malowniczym terenie, tuż przy prawym brzegu Wisły. To nasza pierwsza w życiu wizyta w Kazimierzu. Mimo, że bywaliśmy już wcześniej kilka razy w Grodzisku Żmijowiska, które znajduje się 20 min jazdy samochodem od miasta, to tu pojawiliśmy się dopiero po drugim weekendzie września, zaraz po Słowiańskim Babim Lecie. Cały wyjazd był właściwie nieplanowany i dość spontanicznie podjęliśmy decyzje o wyjeździe. Przyjęli nas i przenocowali nasi przyjaciele, Hania i Paweł Lis. Mają świetnie położony dom w Kazimierzu. Pięknie dziękujemy! Było wspaniale i wygodnie. Z Hanią przegadaliśmy cały wieczór, do późnych godzin. Tak usytuowany dom w turystycznym mieście to skarb! Wystarczy przejść kilkaset metrów uliczką i jesteśmy w samym centrum Kazimierza.
Do Kazimierza Dolnego wrócimy na pewno. Byliśmy krótko i nie mieliśmy jeszcze okazji odwiedzić głównych oddziałów Muzeum Nadwiślańskiego. Wspaniale prezentują swoje kolekcje i bardzo chcielibyśmy je zobaczyć.

Chwila w Kazimierzu Dolnym

Mimo, że już było po wysokim sezonie turystycznym, to nadal ilość ludzi czasami potrafiła przytłoczyć. Główny plac pełny, ogródki piwne, restauracje i kawiarnie wypełnione ludźmi po brzegi. Chcieliśmy coś zjeść na mieście. I oczywiście pojawił się problem. Nasz problem. Klątwa XXI wieku. Normalni ludzie szukają miejsca w którym chcą zjeść, siadają, zamawiają, jedzą i idą dalej. My oczywiście musieliśmy sprawdzić rekomendacje i oceny bo po kilku wizytach w różnych miejscach nie mogliśmy się zdecydować. Zrobiliśmy rundkę po najbliższych miejscach. Nie pasowały nam różne rzeczy. Zatoczyliśmy koło trochę dalej. Oceny nie pozostawiały cienia wątpliwości w niektórych miejscach, szybko nie zjemy. W desperackim odruchu znaleźliśmy pizzerię, był ogródek, pachniało ładnie. Przeszliśmy przez połowę ogródka, szukając wolnego miejsca, było pełno, ale oczywiście ja musiałem cudować z najlepszym miejscem z widokiem, nie twarzą do ściany ani na nudną część, z widokiem dalej niż dom sąsiada. Ale dzięki temu, że zwlekałem trochę z wyborem miejsca, mieliśmy okazję zobaczyć jak wygląda pizza niesiona przez panią kelnerkę. Szybki rzut oka na pizzę, spojrzeliśmy z Ren na siebie i bezzwłocznie opuściliśmy teren pizzerii. Ciasto pizzy niestety miało wszystkie cechy niesolonego, szybkiego ciasta. W przedłużającym się już akcie desperacji, z głodem sięgającym zenitu, kiedy wszyscy zaczęli wyglądać jak najwspanialsze potrawy, odszukaliśmy w końcu miejsce, które pozwoliło nam zakończyć męki zgotowane przez samych siebie. Mały, niepozorny lokal z burgerami okazał się dobrym wyborem. Wciągnęliśmy elegancko po dwa burgery i świat znowu miał kolory. Nakręceni smakiem i wizją prostego wyboru w dniu następnym, zapytaliśmy pani czy jutro będzie otwarte. Z bólem słuchaliśmy słów, które niosły informację, że jest po sezonie i otwarte jest tylko w weekendy. Cóż, nie można iść na łatwiznę :)

Resztę dnia spędziliśmy na szwendaniu się po uliczkach Kazimierza Dolnego. Trafiliśmy nawet na festiwal konopi, tuż obok szkoły. Zrobiliśmy rundkę nad brzegiem Wisły i wróciliśmy na rynek główny. Jest mały, ale bardzo urokliwy i to właśnie tu zostaliśmy na dłużej. Jeszcze odwiedziliśmy górkę. Od jakiegoś czasu nie zwolniliśmy tak jak tutaj. Nie zwiedzaliśmy, nie szukaliśmy niczego. Na koniec dnia postanowiliśmy jeszcze wciągnąć gofry. Ren oczywiście musiała spróbować. Ciągle gadała o gofrach i w końcu pękła :)

W koło Macieju

Zapomniałbym, jeszcze wcześniej, a właściwie na samym początku naszej wizyty w Kazimierzu Dolnym był kurs po idealne magnesy na lodówkę. Oczywiście Ren, jak przystało na kobietę, musiała najpierw zwęszyć wszystkie możliwe miejsca, które sprzedają magnesy, następnie mentalnie należało posegregować je według jakości wykonania,  tematu jaki przedstawiają i zadecydować ile ich bierzemy. Kolejnym krokiem było ponowne zweryfikowanie listy przez odwiedzenie wszystkich miejsc jeszcze raz (w sumie to było chyba ze sześć razy). Sprawa była o tyle trudna, że większość miejsc oferowała to samo, a głównym motywem przewodnim był słynny kogucik. Jednak po dłuższym namyśle i wielokrotnych zawężających możliwości wizytach przy straganach, zapadła decyzja zakupu. Ja przy ostatnich rundach, pozostałem już na rynku i podziwiałem studnię, fasadę kamienicy Przybyłów oraz wspaniałe łukowe podcienia. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że zakupu Ren dokonała w pierwszym straganie, który odwiedziliśmy. Pierwszym! Prawie umarliśmy z głodu, w okropnych męczarniach na środku kazimierskiego rynku :F

Późnym wieczorem wróciliśmy do domu. Hania już wróciła z warsztatów. Siedliśmy do stołu i przy herbacie zagadaliśmy się do późna. Następny dzień miał się zacząć wcześnie. Przynajmniej dla Hani :) My spędziliśmy go na śniadaniu na rynku w tej samej restauracji, w której Ren wciągała gofry zeszłego wieczoru. Nikt z nas nie chciał już powtarzać wczorajszego wybryku z poszukiwaniem najlepszego miejsca. Szczególnie, że pozasezonowy poniedziałek mocno wyludnił kazimierski rynek i ostro zredukował ilość otwartych lokali. Taki urok turystycznych miasteczek.

Poza Kazimierzem

W tym dniu mieliśmy już wracać do domu. Pojechaliśmy jeszcze do naszego kumpla Grześka, z którym umówiliśmy się na małą wycieczkę terenową po okolicznych wąwozach. Było przednio! Na koniec jeszcze zaliczyliśmy wizytę w jego sadzie. Cóż za wspaniałe miał tam owoce! Najwspanialsze z najwspanialszych smaków natury. Nie mogłem się powstrzymać. Zjadłem ich tyle (a jeszcze po drodze do domu doładowałem obfity rybny obiad w Pustelni), że w nocy, kiedy już wróciliśmy prawie umarłem. Umierałem przez następne 3 dni. Zdecydowanie za dużo owoców na raz. Ale zrobiłbym to ponownie, tyle że rozłożyłbym te ilości na powiedzmy, dwa tygodnie :) Tak smakowitych owoców dawno nie jadłem! W marketach to katastroficzna otchłań beznadziejności w porównaniu do owoców od Grzecha.

 

Rynek w Kazimierzu Dolnym

Po lewej zaprzyjaźnione Muzeum i widok na rynek główny oraz Kościół na wzniesieniu.

Kamienice Przybyłów w Kazimierzu Dolnym

Niesamowita fasada kamienic Przybyłów. Należała do dwóch braci Krzysztofa i Mikołaja. Pochodzą z 1615 roku. Wspaniałe detale!

stragany w Kazimierzu Dolnym

To niewielka część straganów, które odwiedziliśmy w poszukiwaniu magnesu na lodówkę. A tam były frytki i rybki! Nieeeeeeeeee!

Rynek w Kazimierzu Dolnym

Nawet po sezonie, w weekend można tu spotkać wielu turystów. Te kamienice są przecudowne!

Góra krzyży w Kazimierzu Dolnym

Wskoczyliśmy na górę, zobaczyć ruiny i oglądnąć okolicę z wyższego punktu. Świetnie widać Wisłę i większość centrum Kazimierza.

Plac rynku głónego w Kazimierzu Dolnym

Z upływem czasu ludzi nie ubywało. Ale ma to swój urok.

drewniane domy w Kazimierzu Dolnym

Takie perełki jeszcze się zachowały w bocznych uliczkach.

Ulice w Kazimierzu Dolnym

No idę. Nic się tu nie dzieje, nie zatrzymuj się!

Rynek w Kazimierzu Dolnym

Parasolki, artyści i turyści. Prawie jak w Krakowie :)

Brzeg Wisły w Kazimierzu Dolnym

Poszliśmy nad Wisłę złapać oddech. Chcieliśmy także sprawdzić lokalne specyfiki :)

Domy w Kazimierzu Dolnym

Centrum otaczają domy. Dużo ich tu jest. Niektóre naprawdę fajnie wyglądają.

Statek na brzegu Wisły w Kazimierzu Dolnym

Tu też nie znaleźliśmy wytchnienia od nadmiaru turystów. Statek wyładował ludzi i w jednej chwili zrobiło się jak na rynku.

Kamienica Celejowska w Kazimierzu Dolnym

To Kamienica Celejowska, bardzo podobna do kamienic Przybyłów.

Poprzedni wpis
Wydmy Kotliny Chodelskiej i Grodzisko w Chodliku
Następny wpis
Zakątki Nowego Sącza – spacer wzdłuż Dunajca

Zobacz podobne

guest
0 komentarzy
Opinie w tekście
Zobacz wszystkie komentarze
Menu