***
***
Codziennik

Rekonstrukcje i prezentacje archeologicznych obiektów – Konferencja w Orlickich Górach

Pojechaliśmy w Góry Orlickie (Orlické hory) na konferencję archeologiczną. Śmigaliśmy niczym strzała (dwukrotnie kisząc się w korku) przez prawie 550 km, aby w środę (14.11.18) tuż przed północą znaleźć się w Chata Jedlová w Czechach, gdzie następnego dnia rozpoczynała się konferencja.

Zahájení semináře

Konferencja rozpoczęła się we czwartek chwilę po południu. Zaprosił nas na nią Bohumir, który wraz z ekipą z czeskiego muzeum i skansenu Villa Nova odwiedzają co roku Grodzisko Żmijowiska, w trakcie Warsztatów Archeologii Doświadczalnej. Wspaniali to ludzie, aktywnie działający w swojej okolicy. Ale o tym później.

Program konferencji to głównie prezentacje projektów związanych z archeologią doświadczalną i miejscami, które są z nią powiązane czyli głównie muzea i skanseny. Było wszystko, od sposobu na schwytanie mamuta, rozwoju muzeów i tworzeniu miejsc wartych odwiedzenia, po wiercenie otworów rogiem lub płytką miedzianą, czy opowieści o podróżach i monoxylonach, kończąc na mikroskopowej, (bardzo!) szczegółowej analizie ceramiki grafitowej. Najlepsze jest to, że praktycznie wszyscy ludzie to praktycy. Jeden przepłynął dłubanką kawał świata (prawie 250 dni w kawałku wydrążonego pnia), inni tworzą muzea bardzo niestandardowo nowoczesne, w których dzieci mają co robić (łącznie z ubłoceniem się po same uszy), nie brakuje pomysłów na sprawdzenie, czy to co po naszych bardzo dawnych przodkach odnaleźliśmy w ziemi faktycznie działa. Repliki, rekonstrukcje, mnóstwo czasu do ich przygotowania i testowania. Praca przeplatana pasją i bezgraniczną ciekawością. Dodatkowo ekipa z Grodzisko Rzeczyca przedstawiła dawne gry i zabawy (które porwały w wir rywalizacji), a Kasia z „W miejskiej Kniei” opowiedziała o dzikich roślinach (a podczas wizyty skansenie zorganizowała spacer botaniczny z degustacją tego co wyrastało z ziemi i jeszcze nie przemarzło).  Aha i oczywiście było słów kilka o wytopie szkła w rekonstrukcji pieca z XII wieku!

Próba uzyskania szkła popiołowego w rekonstrukcji pieca szklarskiego Teofila Prezbitera

Praktycznie na końcu piątkowych wystąpień, przypadło nasze. Jarek i ja przedstawiliśmy proces budowy (pierwszy, drugi, trzeci i czwarty wyjazd) i wytopu szkła w piecu, który powstał w Grodzisku Żmijowiska. Ciekawym doświadczeniem jest mówić do ludzi, których się nie rozumie, bez pewności, że oni rozumieją nas :) Bardzo pomocny był Bohumir, który z łatwością i polotem tłumaczył nasze wypowiedzi! Mimo, że sam nie mówi  po polsku, to bardzo dobrze wszystko rozumie. I tak z planowanych 15 minut zrobiło się 40. Omówiliśmy cały proces oraz sukcesy i problemy na jakie trafiliśmy w trakcie budowy i wytopu. Wszystko pięknie, poza tym, że zapomnieliśmy dodać, z którego roku był opis tego pieca :) Przy okazji to 1125 rok.

Dobrý den!

Było straszliwie zimno. Pierwszego dnia wystawiliśmy nos za ściany naszego noclegu. Trochę pozwiedzaliśmy jeszcze przeraźliwie puste okolice i wróciliśmy w sumie całkiem szybko. No i obowiązkowo odwiedziliśmy pobliski sklep spożywczy. Ja kupiłem sobie oczywiście najlepszy baton pod słońcem. Margot (z Oriona), bo tak się zwie ów baton o smaku lakieru nitro. Tak, właśnie tak smakuje :) Kokosowo-rumowy. Jednak dla tych, którzy mieli kiedyś okazję malować coś farbą na bazie nitro, wrażenie jest jednoznaczne.

Kolejne dni spędziliśmy na prelekcjach. Zaczynały się o nieludzkich godzinach, 8:30 (toż to prawie ranoc!) to koniec śniadania a początek pierwszych wystąpień. I tak z kilkoma przerwami na jedzenie i kawę, siedzieliśmy na sofie, słuchając barwnego języka czeskiego oraz patrzyliśmy na przelatujące slajdy, również po czesku. Zadziwiające jest to, ile można się nauczyć, nie znając języka. Tak to fungowało.

W sobotę prelekcje skończyły się praktycznie w południe. Resztę dnia spędziliśmy w terenie. Pierwszy odwiedziliśmy skansen Villa Nova, gdzie Bohumir z ekipą tworzą bardzo przyjemne miejsce. Skansen położony jest w malowniczym zagajniku, na zboczu dużego wzniesienia, pośrodku wszędobylskich pól. Lubię takie miejsca. Borykają się teraz ze szkodami jakie poczynił orkan w połowie o ile dobrze pamiętam września 2018. Większość chałup miała pozrywaną strzechę, płotki były zniszczone przez wiatr i spadające konary a niektóre gliniane ściany po prostu się posypały. Szkoda, bo ta osada historyczna z okolic XIII wieku jest bardzo inna niż to co można spotkać u nas. Mają też piec, który uratował nasze zmarznięte tyłki. Przy okazji wizyty panowie zrobili małą prezentację jak przygotowywać i pokrywać dach strzechą. Można też było spróbować ręcznego, historycznego sposobu wiercenia w kamieniu. Pan opowiadał o tym, że wiercenie pewnej dziury zajęło mu 25 godzin. Podobno wywiercenie 1mm „wiertłem” z rogu zajmuje ponad 3 godziny wprawionemu rzemieślnikowi. On wiercił dziurę w kamieniu do historycznych żaren.  Mówił też, że nigdy nie wróci do tego projektu. Ciekawe dlaczego.

Kolejna wizyta przypadła na muzeum niedaleko naszego noclegu. Poszliśmy spacerkiem, bo okolica przyjemna i pogoda sprzyjała. Zimno jedynie było. Ale co tam, idziemy. W muzeum Bohumir (złoty człowiek!) oprowadził nas i opowiedział o tym co robią. Trzeba przyznać, że działają prężnie. Aktywizują lokalną społeczność, mają się czym pochwalić. Ich piec typu czeskiego z łatwością wbija 1200ºC (ich piec ma komin!) i topią w nim szkło, z którego podczas festiwalu dmuchają wspaniałe naczynia i przedmioty szklane. A później odpalają aukcję i zbierają pieniądze na dobry cel i dalszą działalność. Sam Bohumir licytuje też część szkła, specjalnie dla muzeum. Wracając do pieca to jest nie mały. Oczywiście musiałem go zbadać z każdej strony. Nie ma zbyt grubych ścian, zbudowany jest głównie z cegły szamotowej. W okolicy połowy pieca, umieszczone są komory do odprężania szkła. Na końcu pieca, tuż przed kominem znajduje się komora do wytopu. Jak dobrze zrozumiałem jest to replika odnalezionego pieca gdzieś w okolicy. Jedyna różnica to tamten piec był zbudowany z kamienia. Można się kłócić czy to replika czy nie. Bez znaczenia. Ten piec wygląda bardzo podobnie a jego zadaniem jest wielokrotny użytek i konieczność działania za każdym razem. Do palenia używają mieszanki drewna. Większość to drewno bukowe, ciut dębowego i trochę iglastego.  W tym piecu topią konkretne ilości szkła.

Niedziela natomiast to wizyta w miejscach, w których niekoniecznie mieliśmy być. A znaleźliśmy się tam z tego powodu, że muzeum, które mieliśmy pierwotnie odwiedzić, było zamknięte. Ale dzięki temu poznaliśmy kilka innych miejsc.

W trakcie tranzytu do docelowego miejsca zatrzymaliśmy się na chwilę w szczerym lesie. Dwie minutki spaceru przez las i już oglądamy straszliwie stare ruiny huty szkła. W środku lasu. Taka lokalizacja ma uzasadnienie. Piec nie był mały, podstawa pieca to kilka ładnych metrów długości. Obok ruiny pieca do odprężania a nieopodal fundamenty chaty grawera. Wszystko wielkie jak diabli. Taki piec musiał pochłaniać ogromne ilości drewna. A las to świetne jego źródło. Piec w takiej hucie musiał zasuwać na okrągło. Nasz mały piecyk w Żmijowiskach wsysał duże ilości drewna, tu… aż strach się bać  jak szybko musieli ładować do pieca. Ściany miały prawie 50 cm grubości. A to właściwie niewielka część która pozostała. Obecnie Muzeum (z Bohumirem na czele) nie może prowadzić badań i rekonstrukcji, bo piec znajduje się na terenie prywatnym. Szkoda, chciałbym zobaczyć taki piec w pełnej okazałości.

Kolejny przystanek – kościół na górce. I znowu zaskoczenie. W kościele zawalił się dach. Stał w takim stanie wiele lat. Udało się jednak zebrać fundusze i kościół (zwalający koparę na ziemię) jest remontowany. W Czechach mieli rozmach z tymi kościołami.  Teraz budowla będzie miała częściowo szklany dach. Rekonstruują także zawalone sklepienia łukowe i wnętrze kościoła. Kopuły zwieńczające wieże lśnią jeszcze u podnóża kościoła, czekając na dźwig. Wygląda imponująco.
Miejsce ma potężne branie w sezonie. Organizowane są tu koncerty, wnętrze ma świetną akustykę.
Przy kościele  (oczywiście jak to w Czechach ;P ) funkcjonuje odrestaurowany browar. Zapach chmielu w pierwszym kontakcie przypominał zupełnie inne zielsko :)

Ciekawostką jest to, że ludzie ze stowarzyszenia, które zajmuje się rekonstrukcją kościoła, zamieszkali w okolicznych domach już na stałe. Jeżeli dobrze zrozumiałem, to są to ludzie, którzy zaczęli tu nowe życie. I ponownie Bohumir odkrył kolejne karty, sad, zaraz przy kościele sadził wraz z kilkoma osobami przez bite dwa tygodnie. Same stare odmiany drzew owocowych. Wspaniała inicjatywa.

Ostatnia miejsce, które odwiedziliśmy to kolejne muzeum. Nowe, pachnące, bardzo przyjemne. I znowu Bochumir maczał w tym palce :) Trochę multimediów, wielkie drzewo, które można oglądać z każdej kondygnacji, dużo lokalnych gatunków zwierząt i lokalna kultura. Na samej górze znajduje się fajne miejsce na warsztaty dla dzieci. Jest co pooglądać, zwierzaki, makiety, działające mini modele urządzeń a to wszystko w starym, porządnie odrestaurowanym spichlerzu. Belki i krokwie, które można zobaczyć w środku to zachowane elementy konstrukcyjne z tego miejsca.

I to już koniec naszej wizyty w Górach Orlich. Po wspólnym obiedzie wróciliśmy do naszego hotelu, gdzie było już przeraźliwie cicho, zabraliśmy rzeczy i po siedmiu godzinach przekręcaliśmy klucz w drzwiach domu.

0 0 głos
Jak oceniasz?
To już koniec tego wpisu. Będzie nam miło, jeżeli zostawisz ocenę i napiszesz coś od siebie w komentarzu jeżeli chcesz. Zobacz też podobne artykuły, może Cię zainteresują.
Poprzedni wpis
Pierwszy Dzień Hetmański w Tarnowie
Następny wpis
Dni Hetmańskie 2019

Zobacz podobne

guest
0 komentarzy
Opinie w tekście
Zobacz wszystkie komentarze
Menu