Codziennik

Preludium Słowiańskie – nie mam słów

Kiedyś, gdzieś w otchłani internetu, w krainie zwanej Youtube, przemierzałem bezkresne zasoby serwerów w poszukiwaniu czegoś, co w końcu zaspokoi moją potrzebę wysłuchania muzyki, dawna, Słowiańska, ale inna niż histeryczne szarpanie drutów, wściekłe naparzanie w kotły, z charczącymi okrzykami nienawiści w kierunku wszelakiego istnienia i czczeniu władcy ciemności i zła. Także Nie celtycka, nie irlandzki folk, czy znany i lubiany skandynawski medieval folk. Owszem, jest Żwywiołak (Nowa Ex-tradycja), znam i lubię, szczególnie Nowa Ex-Tradycja, mamy też słowiańskie utwory zza wschodniej granicy, ale to nadal nie to. Szukałem, aż w końcu przewinęło mi się coś co nazywało się Preludium Słowiańskie. Brzmi ciekawie. Odpaliłem. Moim oczom i uszom ukazało się coś co nie przypominało nic co znałem ale było zupełnie nowe i inne. Szok i niedowierzanie! Jednak istnieje coś nasze, prawdziwe, inne i wyjątkowe. Trzy i pół minuty później miałem problem.

A czymże jest to Preludium Słowiańskie?

Dotarło do mnie, że istnieje muzyczne zbawienie, na które czekałem wiele lat. I to w wersji takiej o jakiej bym nie śmiał nawet marzyć. Nie dość, że Wataha Drums to ekipa, która z bębnami chyba śpi, je śniadania i chodzi na spacery bo robią z nimi dosłownie cuda, to jeszcze w komplecie mamy Art_Color_Ballet, bomba z wybuchową mieszanką sztuki malowania (body painting), tańca i teatru. A na dokładkę zespół, który musiał znaleźć się w tym nieokiełznanym tyglu wspaniałości czyli śpiewające białym głosem STROJONE. Postanowiłem natychmiast posiąść każdą sekundę, która powstała z mariażu tych wspaniałych grup nieziemsko utalentowanych ludzi.
Szukałem, szukałem i co moje oczy zobaczyły?! Nadchodzący występ, tuż pod nosem, w samiuśkim Tarnowie, jedynie 50km od nas. Na bogów! Pewnie nie ma już miejsc – pomyślałem. Wpadłem na stronę gdzie była aktywna rezerwacja, bum! 2 miejsca z samego przodu i radość nie do opisania. Jedziemy na Preludium Słowiańskie!

To opowieść o czasie dawnym, o roku słowiańskim, cyklu i powtarzalności. O obrzędach i wierzeniach. To podróż w świat inny, magiczny ale jakby swój, znany i zapomniany. Mamy swoje słowiańskie tradycje a ich strzępy w różnej formie przedarły się do dzisiejszego świata. Nikt nie pyta o ich pochodzenie czy znaczenie. A wieki wczesne na naszych ziemiach to barwne i bogate tradycje. I właśnie Preludium Słowiańskie przenosi nas do tego świata. Inaczej niż wszystko co do tej pory stworzono.

Nienawidzę Preludium Słowiańskie

Tak. Ale o tym za chwilę. Występ – szczerze mówiąc to nie wiem jak to nazwać, opus magnum (?) – rozpoczął się tradycyjnie. Weszliśmy do budynku, wszędzie standy, zdjęcia, pozytywna energia. Serce mi trochę waliło, trochę z ekscytacji trochę ze strachu. Głupie, wiem, ale się bałem co to będzie. Tu także lekko się zdziwiłem, bo po 10 minutach sala była pełna. Szczerze mówiąc nie wiedziałem, że będzie takie zainteresowanie. Chyba żyłem w innym świecie. W końcu nie jest to ich pierwszy występ. Moja bańka pękła… na szczęście!
Posadziliśmy swoje tyłki na teatralnych siedzeniach, tuż przy scenie, dłuższa chwila oczekiwania, kurtyna, akcja.

Tu czas się zatrzymał. Od pierwszego uderzenia w bęben, od pierwszych ruchów wymalowanych od stóp do głów tancerek i tancerzy na scenie. Trans. Inaczej nie można tego nazwać. To co wyprawiali na scenie jest nie do opisania. To trzeba przeżyć. Nie można mówić o Preludium Słowiańskim słowami bo szczerze mówiąc nie można. Nie da się opisać wrażeń jakie wbijają się każdym zmysłem w istotę ludzką siedzącą bezwładnie na teatralnych fotelach.

I teraz do sedna. Nienawidzę Preludium Słowiańskie. Za to, że się tak szybko skończyło. A może nienawidzę uczucia jakie pozostało później. To co zemną zrobiło można opisać jednym zdaniem. Zdemolowało mnie jak dzik pole ziemniaków i zaraz po tym skończyło się tak po prostu. Oklaski (dłuuuugie!), kurtyna i cisza. Pustka. Koniec. Ludzie wychodzą jak po filmie w kinie. Ale przecież byli tam ludzie! Oni tam są! Jeszcze krótki wywiad po występie. Tu trochę odetchnąłem z ulgą, że to jeszcze nie koniec, że mogę zobaczyć tych wariatów, którzy ześwirowali mój muzyczny świat. Płyta kupiona i do domu. Naprawdę? To już koniec?! Ja-nie-chcę-do-domu!! Ja chcę jeszcze! Czuje się jakby przygoda życia zakończyła się zbyt gwałtownie. Wyobraź sobie jakby słoń był bez ogonka. Tak nagle by się kończył. To nie do pomyślenia!
Kocham to co wyprawiają na scenie, tę muzykę, emocje i klimat. Dla mnie całość mogłoby trwać 12 godzin! Ale co ja mogę. Słucham teraz płyty na okrągło i przeżywam to ponownie.

Na koniec jedna rada. Na występ należy się wybrać! Bez występu płyta jest świetna. Po występie płyta jest magiczna. I pozwala wracać do tego co działo się na scenie. Pozwala też zrozumieć jak powstały niektóre dźwięki. Dopiero wtedy rozumie się głębię i moc tego dzieła.

Kilka lat później (16.03.2019) -> Oczywiście pojechaliśmy jeszcze raz na występ. Nic się nie zmieniło. Szaleństwo! Dla mnie Preludium Słowiańskie stało się kanonicznym odzwierciedleniem dawnych czasów we współczesnym świecie. Pojedziemy zobaczyć to wspaniałe wydarzenie jeszcze raz!

Poprzedni wpis
II Warsztat fotograficzny dla dzieci
Następny wpis
Reaktor Maria – wizyta w Narodowym Centrum Badań Jądrowych w Świerku

Zobacz podobne

guest
0 komentarzy
Opinie w tekście
Zobacz wszystkie komentarze
Menu